Od momentu pojawienia się sztuk walki w świecie zachodnim, ludzie dostali prawdziwego bzika na tym punkcie. Powstały liczne akademie i koła zainteresowań, ale głównym promotorem stało się kino. Z czasem słynne kombinacje uderzeń i kopnięć stały się wizytówką osób trenujących sztuki walki.
Dla laika nie ma znaczenia czy trenujesz jiu-jitsu, aikido, capoeira czy kung fu. Według nich potrafisz robić salta, skomplikowane kroki i łamać cegły. Nie straszne Ci uderzenia przeciwnika, nie wspominając już o tym, że tanecznym krokiem, bez draśnięcia powalasz kilku agresorów naraz. Prawda jest jednak taka,że to wszystko osiąga się przy współpracy kaskaderów, umówionych i przećwiczonych technikach, odpowiednim scenariuszu, naciągu i przygotowaniu kondycyjnym. Do tego dochodzi ustawienie kamer i ukazuje nam się scena bójki ulicznej, gdzie tak naprawdę tylko jeden wie co ma robić, reszta to tępe strzały - mięso armatnie (ot taki trening na świeżym powietrzu).
W rzeczywistości jest całkiem inaczej. To bardzo ważne, szczególnie dla początkujących. Walka na ulicy, a walka w filmie to dwa różne światy, które nigdy się nie spotkają. Idąc na sztuki walki nauczycie się technik, które być może ocalą wam życie, nie będą to niestety różnego rodzaju skomplikowane rzeczy (takie uczy się i trenuje dla siebie, sprawności i poszerzania swoich granic). Na ulicy przy stresie, niepewności co do umiejętności przeciwnika sprawdzi się tylko i wyłącznie prostota.
Być może rozczaruje wielu, którzy chcą zacząć ćwiczyć (chociaż z drugiej strony, w dzisiejszych czasach mało kto postrzega w ten sposób sztuki walki). Realne podejście do swoich umiejętności to klucz do zwycięstwa. Treningi są po to, żeby się na nich uczyć (a nie tylko odbębnić i poprawić kondycje). Wyuczone techniki być może uratują wam życie (nie życzę nikomu bójki na ulicy). Dlatego będą to te najprostsze bloki i uderzenia. Wykorzystacie to co jest łatwe i w czym czujecie pewnie, a nie to co uczycie się żeby kilka razy w roku pokazać przed znajomymi (bolesna prawda)
Oczywiście nie zakazuje nikomu ćwiczyć skomplikowanych ruchów, uderzeń, przejść czy akrobacji (sam to praktykuje), wręcz nakłaniam was do tego. Jednak proszę was o odpowiednie podejście do sprawy. Ja wiem co mogę zrobić na ulicy, a co na pokazie czy podczas konkursu czy eventu. Cytując tytuł tego wpisu, walka na ulicy to nie film. Nie będziesz nietykalny, nie będziesz idealny w swoich ruchach, nie będziesz opanowany, przeciwnicy nie będą atakować Ciebie po kolei (ruszą wszyscy naraz). Jedynym powiązaniem z filmem będzie to, że jesteś głównym bohaterem niekoniecznie z happy endem.
Trochę pesymistycznie, ale sprawę trzeba postawić jasno. Dzięki temu mam spokojne sumienie, że ludzie będą wiedzieć o różnicy pomiędzy filmem a życiem. Co pomoże im w rzeczywistości.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz